Dramaty kostiumowe

Artykuł zaczerpnięty z bloga ArtHouse (kliknij w odnośnik).

Na podstawie powieści Jane Austen, powstała niezliczona ilość adaptacji filmowych. Kino nie sięgnęło jednak po Austen szybko, dopiero w ostatnim dwudziestoleciu kino zrozumiało w co na ekranie może przeobrazić się proza tej niezwykłej pisarki. Pierwszą znaczącą ekranizacją był film „Duma i uprzedzenie” z Greer Garson i Laurencem Olivierem, która to wersja długo uznawana była za wykładnię adaptacji Austen, potem nastąpił spadek popularności, oczywiście kanał BBC co jakiś czas wypuszczał nowe telewizyjne ekranizacje, ale część z nich zaginęło, część cechuje się raczej kiepską jakością ale przede wszystkim były to twory dostępne tylko dla małej grupy brytyjskich widzów. Przełom nastąpił w roku 1995 kiedy to rodzima Brytyjka, zakochana w prozie Austen napisała wyśmienity scenariusz (notabene nagrodzony Oskarem), a następnie zagrała główną rolę. Mowa oczywiście o Emmie Thomson. Ten film stał się kamieniem milowym w historii filmu, dzięki czemu każda powieść Austen dostała minimum jedną filmową adaptację oraz nie rzadko własny serial. Zacznijmy jednak od tego dlaczego współcześnie tak chętnie sięgamy po filmy na motywach powieści Jane Austen. Współczesną kulturę charakteryzuje pośpiech. Życie człowieka jest stosunkowo krótkie, w stosunku do atrakcji jakie oferuje świat, dlatego śpieszymy się z edukacją, jednocześnie chcąc zdobyć jak najwięcej tytułów naukowych, śpieszymy się z karierą by ustabilizować swoją sytuację finansową i pozycję w społeczeństwie, gdy osiągniemy już sukces na tle zawodowym, gdy stać nas już na nowy dom, samochód, przypominamy sobie, o tym co jest w życiu najważniejsze, czyli o rodzinie. Zegar biologiczny niestety bije nieprzerwanie, a my będąc na półmetku życia nadal nie znaleźliśmy sobie drugiej, czasami lepszej połowy. Partnera trzeba znaleźć szybko, co oczywiście nie jest łatwe. Mamy mało czasu, więc poszczególnym kandydatów lub kandydatki egzaminujemy prędko i niezbyt dokładnie. Oczywiście nie twierdzę, że bierzemy ślub pospiesznie i bez miłości, bo to rzadko zdarza się w naszych czasach (a jeśli już szybko kończy się rozwodem), ale naszym związkom brakuje tajemniczości, kokieteryjności, adoracji, słownych gier. Współcześnie taka gra wstępna została skonkretyzowana, wszyscy swobodnie rozmawiają o wszystkim, nikt nie bawi się w zgadywanki. A przecież taka niepewność, emocjonalna powściągliwość, sekretne spojrzenia, przeszkody to cechy bajkowej miłości, takiej prostej, pozbawionej trudów codzienności, takiej o której marzymy gdy zamykamy powieki i kładziemy głowę na poduszce. Film nam to daje, to jakby ogólnodostępne marzenie senne, po które możemy sięgać gdy tylko zapragniemy. W filmowych adaptacjach dziewiętnastowiecznych romansów najważniejszy jest jednak dźwięk, szczególnie dzisiaj w epoce dolby. Dzieła Austen opierają się na koncepcji miłości, ale bez nagości, nawet najprostszy pocałunek w większości adaptacji jest nieobecny. Jak więc nie pokazując nagości i przyjemności płynącej z seksu, twórcom udaje się przyciągnąć rzesze nowych fanów, szczególnie gdy na seansie w sali obok na pewno obejrzeliby jakieś sceny rozbierane, które są punktem obowiązkowym we współczesnej kinematografii? Świat, który jest tłem tych wszystkich wspaniałych romansów jest światem, z mojego punktu widzenia okrutnym, pełnym konwenansów, dziwnych towarzyskich niuansów i ograniczeń. Dwie stojące obok siebie osoby nie mogą się do siebie odezwać jeśli nie zostały sobie wcześniej przedstawione. Rozmowy o uczuciach nie mogą być prowadzone bezpośrednio, należy być powściągliwym, taktownym. Rozmowy są pełne sloganów, ciekawość nie może zostać zaspokojona bo w czasie pierwszego spotkania nie należy rozmawiać o rzeczach poważniejszych niż pogoda, wystrój sali, itp. Tutaj właśnie pojawia się głos i niezwykłe możliwości jakie niesie za sobą sposób wypowiadania słów. W tym przepełnionym sztucznymi i twardymi zasadami towarzyskimi tylko głos może wyrazić prawdziwe uczucia bohaterów. To na tym polu widać jak bardzo ci ludzie zmagają się z emocjami i odczuciami oraz jak wielką siłą w czasie rozmowy jest ton głosu i jego modulacja. Język filmowego romansu jest zakodowany, służy przekazywaniu ukrytych treści, tak by mówiąc do kilkunastu osób być zrozumianym tylko przez tę jedną, do której tak naprawdę chcielibyśmy skierować nasze słowa, ale obyczaj nam tego zabrania. Adaptacje zawierają jeszcze jeden element, którego nie znajdziemy w literackim pierwowzorze, czyli „materializing sound clues”. Pojęcie stworzone przez francuskiego krytyka Michela Chion. Chodzi o wyrażanie treści poprzez dźwięki otoczenia. Jako, że te historie są romansami bez pokazywania ciała, potrzebne były inne elementy, które skupiały by uwagę widza na pokazywanym obrazie. Taką rolę pełnią właśnie „materializing sound clues”, nie chodzi już o to co pokazuje aktor, ale co jest nam „pokazywane do usłyszenia”. Pomimo muzyki zza kadru, nadal możemy usłyszeć jak bohaterowie oddychają, jakie dźwięki wydają ruchy ciała. „Żywność postaci, intensywność ich fizycznej obecności na ekranie, która jest odczuwana przez widzów przed ekranem telewizora jest powodem sukcesu wśród publiczności, a wszystko przez ten specyficzny rodzaj traktowania dźwięku.” To właśnie połączenie intensywności obrazu, komunikacji werbalnej i tej niewerbalnej sprawia że tak chętnie oglądamy te kostiumowe adaptacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.